Wycieczka Gniew – Malbork – Trójmiasto 18.04 – 21.04.2005 r.

18 kwietnia, dzień pierwszy. Zaczynamy


Żeby rozpocząć tradycyjnie, wycieczka miała zacząć się 18 kwietnia o godz. 8.30, wyjazd spod Intermarche. Udział brały w niej klasy 5c, 6a i 6b. Opiekunowie: p. Mirosława Gul, p. Wioletta Wykrzykacz i p. Wiesław Gul.
Ale nie ma tak łatwo. Gdyby autokar (ach ten PKS) nie był zepsuty, to co to by była za wycieczka? O godz. 8.40 autobus z wyciekiem oleju odjechał w siną dal wraz z naszymi bagażami. Z sobą porwał pana Gula, jako gwarancję, że wróci. Po godzinie wszyscy byli już zmarznięci, niektórzy głodni, a z pewnością wszyscy byli mocno zirytowani. Jednak za piętnaście dziesiąta autokar triumfalnie wrócił (po drodze prawie rozjeżdżając Emila Leszko) nadal z naszymi bagażami, już bez wycieku oleju.
Pożegnaliśmy się z rodzicami, udaliśmy, że nam przykro i wyruszyliśmy w pięcioipółgodzinną podróż w kierunku Polski północnej. W autokarze, jak to w autokarze: wszyscy krzyczeli, wszyscy śpiewali „Schnappi” (hit sezonu =D) i kłócili się, kto ma z kim siedzieć. Do Gniewa dotarliśmy o 15.00. Na początku rozpętała się awantura, bo wszystkie dziewczyny chciały spać w pokoju cztero, a nie ośmioosobowym. Po piętnastu minutach poszłyśmy na kompromis i jakimś cudem rozlokowałyśmy się w pokojach. Zdążyliśmy odebrać klucze, wrzucić do pokoju torby i już lecieliśmy na obiad, którego jakość pozostawmy bez komentarza.

Po obiedzie zdążyliśmy się trochę rozpakować i rozejrzeć się po pokojach. Po krótkim odpoczynku mieliśmy zajęcia warsztatowe (uznaliśmy Bartka Koleja za czarownicę i wsadziliśmy na krzesło tortur. Na koniec przyznał, że jest blondynem – patrz zdjęcie obok). Dowiedzieliśmy się, jak szyto w dawnych czasach, jak wyrabiano zbroje, jak robiono naczynia… i jak wymuszano zeznania na domniemanych czarownicach, co sprawdziło się na Koleju. Wróciliśmy do swoich dormitoriów (tak nazywały się średniowieczne sypialnie w zamkach), odpoczęliśmy trochę i zeszliśmy na kolację. Po kolacji – gry i zabawy ludu polskiego, odbywające się w dormitoriach, m. in. granie w karty (flirt towarzyski), udawanie duchów, wyciąganie Bogu ducha winnych koleżanek ze śpiwora itd. O 21.00 ubraliśmy się i zeszliśmy na dziedziniec, ponieważ tam miał rozpocząć się spacer z pochodniami, zwiedzanie i wizyta ducha zamku. Pani przewodniczka, nie wiedząc jeszcze, z kim ma do czynienia, powiedziała, że jesteśmy „bardzo ruchliwą grupą”, co było dosyć delikatnym określeniem. Pochodnie (jeszcze niezapalone) zostały powierzone chłopcom i weszliśmy do kaplicy zamkowej. Każdy mógł chwilę posiedzieć w karcerze i posłuchać historii tego zamku krzyżackiego.
Pochodnie zostały zapalone i weszliśmy na krużganki. Mimo światła, jakie dawały naftowe zresztą pochodnie, droga była ciemna i przez chwilę prowadziła po długich, krętych i wąskich schodach, co nieco utrudniało wędrówkę. Doszliśmy wreszcie na krużganki i obeszliśmy z pochodniami cały zamek, krzycząc co chwilę: „Uwaga, schody!”. Gdy skończyliśmy obchód zamku na wysokości trzeciego piętra, zeszliśmy do lochów, gdzie czekał na nas pan z bardzo oryginalnym zgryzem i duch zamkowy. Przed przyjściem ducha była opowiadana legenda, skąd ten duch itd., ale oczywiście nikt nic nie słyszał, bo wszyscy wydzierali się ze strachu.
Po wizycie ducha i uspokojeniu tych bardziej strachliwych wróciliśmy do dormitoriów. Obok nas stacjonowali studenci (bardzo hałaśliwi), więc nie dali nam spać. Grzeczne uwagi pani Wykrzykacz i pani Gul nie zrobiły na nich większego wrażenia, więc co jak co, ale było wesoło.

19 kwietnia, dzień drugi. Habemus papam


Wstaliśmy wcześnie, spakowaliśmy się, ubraliśmy i zeszliśmy na śniadanie. Po śniadaniu ostatnia histeria przedwyjazdowa i wsiedliśmy do autokaru, kierując się na Malbork. Gdy tylko wysiedliśmy na parkingu przed zamkiem, poczuliśmy przenikliwy chłód i bardzo silny wiatr.
Było nam po prostu zimno. Zwiedzanie zamku w Malborku polegało na jak najszybszym dostaniu się do pomieszczenia ogrzewanego, najlepiej z kaloryferem. W zamku gniewskim nie było czuć chłodu, nikt nie przewidział, że trzeba się ciepło ubrać, toteż wszyscy byli zamarznięci. Po zwiedzaniu Malborka (który jest przecież ogromną twierdzą), wszystkim zachciało się jeść, ponieważ niepomni przestróg nauczycieli nie zrobili sobie kanapek przy śniadaniu.
Kulminacyjnym punktem zwiedzania Malborka był więc bar „Puchatek”. Po pysznych pierogach ruskich od razu poprawiły nam się humory (wiadomo, jak Polak głodny, to zły) i pełni optymizmu oraz wiary w lepszą pogodę ruszyliśmy do Sopotu.
Pod Sopotem trafiliśmy na potężny korek spowodowany śmiertelnym wypadkiem. Musieliśmy nadrobić wiele kilometrów, ale do Sopotu dotarliśmy.
Jak w Malborku było nam zimno, tak w Sopocie wszyscy poczuli nagłą potrzebę skorzystania z toalety. Wszystkie toalety albo płatne, albo tylko dla klientów. W końcu postanowiliśmy się poświęcić i skorzystaliśmy z toalety w restauracji „Euforia” (z bardzo niesympatyczną obsługą), płacąc 2 zł. Jak się potem okazało, toaleta była płatna tylko na czas naszego szturmu.
W tym pięknym nadmorskim mieście… niestety, miasto jest piękne tylko w sezonie. W kwietniu jest prawie wszystko pozamykane, pusto, brudno, nieciekawie, molo zawiodło nas najbardziej, bo przede wszystkim strasznie wiało (patrz zdjęcie).


Z Sopotu udaliśmy się prosto do Rewy, gdzie czekała na nas możliwość ciepłego ubrania się (o czym marzyliśmy od rana) oraz oczekiwały nas pięcioosobowe domki letniskowe z telewizorem, łazienką i pięknym widokiem na morze.
W czasie podróży koło 17.45 autobus zelektryzowała wiadomość: MAMY PAPIEŻA!!! Nie wiadomo było tylko, kogo. Rozpoczęły się nerwowe telefony do rodziców, SMS-y do całej rodziny i bardzo niecierpliwe oczekiwanie. Wszyscy stali, podskakiwali, krzyczeli. Dojechaliśmy do Rewy, ale wtedy nie było jeszcze wiadomo, kto został papieżem. Zarządziliśmy okupację autokaru i radia. Przed osiemnastą podano komunikat: habemus papam – mamy papieża! Został nim kardynał Joseph Ratzinger. Wymieniliśmy poglądy na ten temat, wyjęliśmy z autobusu nasze bagaże, pokłóciliśmy się, kto ma gdzie mieszkać i wreszcie poszliśmy do swoich domków. W domkach – zimno. Ubraliśmy się jak najgrubiej można, podkręciliśmy kaloryfery na maksa, włączyliśmy telewizory – a nuż pokażą nowego papieża? Pokazano. Joseph Ratzinger przyjął imię Benedykta XVI i w swojej pierwszej przemowie wspomniał o swoim wielkim poprzedniku Janie Pawle II.
Po kolacji wszyscy byli tak zmęczeni, zmarznięci i śpiący, że bez protestów wykąpaliśmy się (w niektórych domkach była niestety tylko zimna woda), wskoczyliśmy do śpiworów, pooglądaliśmy telewizję i koło 23.00 udało nam się zasnąć. W zamku usnęliśmy dopiero o drugiej, więc był to duży sukces.

Wtorek, dzień trzeci. Kochamy bary mleczne


Rano wszyscy wstali wyspani i wypoczęci, ale przede wszystkim boleśnie doświadczeni wczorajszym dniem. Bolesne doświadczenie objawiało się katarem, bólem głowy i przewianymi uszami. Tym razem każdy posłuchał wychowawców – ubraliśmy na siebie, wszystko, co tylko najcieplejszego mieliśmy, w efekcie wyglądaliśmy jak wycieczka bardzo oryginalnych bałwanków.

Ruszyliśmy w stronę Gdyni. Tam również bardzo mocno wiało, ale nie przeszkadzało to nam tak mocno jak wczoraj. Jako pierwsze zwiedziliśmy oceanarium (w połowie w remoncie, niestety), zrobiliśmy parę niedozwolonych zdjęć (takich jak to obok – ponieważ w oceanarium zdjęć robić nie wolno – jednak trzeba być odważnym!). Po zwiedzeniu oceanarium prawie wszyscy udali się w stronę portu, na rejs statkiem. Tylko trzy osoby zostały w autokarze pod opieką pana kierowcy – Marek, Ola i Agnieszka z 6a. W czasie rejsu w Gdyni zaczął padać śnieg. Z relacji uczestników rejsu wynika, że nieźle bujało, ale wszyscy dobrze się czuli… wyłączając panią Wykrzykacz i panią Gul, które ze wszystkich zniosły rejs najgorzej. Gdyby pewna dobra dusza (prosząca o anonimowość) nie poratowała pani Wykrzykacz tabletkami, kto wie, co mogłoby się stać.

Wystartowaliśmy. Kierunek – Gdańsk. Korki prześladowały nas chyba od początku. Dużo czasu zajęło nam przejechanie do Gdańska, ale jednak się udało. Poszliśmy do Centralnego Muzeum Gdańskiego, by zobaczyć słynnego Żurawia. Miła pani przewodniczka objaśniła nam dokładnie, jak wyglądało życie ludzi w czasach średniowiecza, życie kupców, ich pracowników, ich rodzin. Dowiedzieliśmy się nieco o modzie średniowiecznej i poszliśmy na sam mechanizm Żurawia. Wysłuchaliśmy, jak to niegdyś już chłopcy od czternastego roku życia byli zatrudniani w Żurawiu do biegania z workami zboża (przez cztery piętra wąskimi schodami) lub do poruszania kół uruchamiających dźwig. Panie od razu zaproponowały kandydaturę największych urwisów do takiej pracy, najlepiej przymusowej.

Po obejrzeniu Żurawia poszliśmy na Rynek.

Skoro historia lubi się powtarzać, to w Gdańsku też chciało nam się jeść. Tym razem skorzystaliśmy z usług baru mlecznego „Neptun”, w którym podają naprawdę świetne naleśniki z twarogiem.

Po obiadku wróciliśmy na Rynek. Tam dostaliśmy trochę czasu wolnego. Zdążyliśmy sobie nakupić słodyczy na nocne imprezy, pamiątki, bursztyny po okazyjnych cenach itd. Niektórzy nasi koledzy udawali Anglików i pytali się przypadkowych przechodniów (oczywiście po angielsku), gdzie na gdańskim Rynku można znaleźć… toaletę, co niestety jest nie lada sztuką. Przy okazji były to badania, czy Polacy (bądź co bądź w Unii Europejskiej) znają chociaż ten język obcy. Niestety, znajomość angielskiego jest znikoma (szczególnie wśród polskiej młodzieży).

Z Gdańska wróciliśmy do Rewy, prosto na obiadokolację, której nikt nie chciał jeść, ponieważ najedliśmy się tymi naleśnikami. Handel zupą i drugim daniem kwitł. Ci, co są zawsze głodni, mieli okazję do zjedzenia podwójnej, a nawet potrójnej porcji. Oczywiście nauczyciele nic nie widzieli, zapewne do dziś żyją w przekonaniu, że takie z nas grzeczne dzieci, co wszystko zjadają.

Po obiadokolacji wróciliśmy do domków i (przynajmniej domek pewnych dziewcząt, które proszą o anonimowość) rozpoczęliśmy przygotowania do nocnych imprez. Ubraliśmy się w piżamki i dresiki (bo nadal było zimno), wskoczyliśmy do śpiworów i udawaliśmy grzeczną i spokojną polską młodzież, która chodzi spać o dwudziestej drugiej.

Czwartek, dzień ostatni. Dobrze było, ale się skończyło…


Można uchylić tylko rąbka tajemnicy: imprezka skończyła się o 6.30 (rano, żeby nie było wątpliwości) i spokojna młodzież wyglądała po niej… cóż, jak na zdjęciu.

Przed ósmą zebraliśmy siły po imprezie, spakowaliśmy się, na wierzchu zostały tylko szczoteczki do zębów i tzw. bagaż podręczny. O ósmej poszliśmy na śniadanie, udając, że jesteśmy wyspani, pełni wigoru i sił do zwiedzania oliwskiego zoo. To były tylko pozory. W rzeczywistości nie widzieliśmy na oczy ze zmęczenia, ale cóż, za nocne imprezy się pokutuje. Po śniadanku udaliśmy się na spacer Mierzeją Rewską, na której nazbieraliśmy trochę muszelek dla tych, którzy z nami nie pojechali, żeby wiedzieli, że o nich myśleliśmy.

Wróciliśmy do domków, wytrzepaliśmy piasek z butów, dopięliśmy kosmetyczki i zapakowaliśmy się do autokaru. Ruszyliśmy w kierunku zoo w Oliwie, które miało być ostatnim punktem naszego mocno napiętego programu zwiedzania. W autobusie prawie wszyscy spali – jedni byli zmuleni Aviomarinem, inni odsypiali nocne balowanie. Do Oliwy dotarliśmy po godzinie.

Zwierzęta były trochę markotne, a i tak największą atrakcją okazał się sklep z frytkami. Zoo zwiedzaliśmy półtorej godziny, po czym ruszyliśmy w stronę Gorzowa.

Żebyśmy nie umarli z głodu, w Garczu k. Kartuz mieliśmy zamówiony obiad. Niestety, jak człowiek niewyspany, to marudny. Nic nam nie pasowało, tym bardziej, że kierowca nie mógł trafić do Garcza, już tym bardziej do restauracji. Obiad – może nawet smaczny, ale to za słone, to za dużo…

Potem jechaliśmy już prosto do Gorzowa. W autobusie śpiewaliśmy, wrzeszczeliśmy, ale przede wszystkim już zaczynaliśmy wspominać tę wycieczkę…

Do Gorzowa dotarliśmy przed 22.00. Na parkingu obok Intermarche czekał na nas tłum stęsknionych rodziców.

Na drugi dzień do szkoły przyszło tylko czterech wycieczkowiczów, reszta była chyba zbyt zmęczona po nocnych balowaniach. Opowiedzieliśmy tym, co zostali, jak było… czyli to wszystko, co zostało tu opisane.

Aleksandra Kałowska