Bogdaniec – wycieczka rowerowa.


Obszerna relacja z wycieczki ozdobiona zdjęciami i recenzjami uczniów napisanymi na lekcji.

Relacja kierownika wycieczki (I. Skubicki)


Trasa dojazdowa: Gorzów – Małyszyn – Chróścik – Racław – Stanowice – Bogdaniec (wg wskazań licznika około 19 km, niezbyt szybkie tempo, przewaga dróg leśnych, piaszczystych, od Stanowic szosa asfaltowa).


Gorzów. Wyjazd spod szkoły około 7.30. 19 ósmaków i 2 nauczycieli. Trochę ryzyka na ruchliwych ulicach. Bezpiecznie jest tak naprawdę dopiero na leśnej drodze prowadzącej do Małyszyna. Dzieciaki mogą swobodnie się rozjechać.



Chróścik. Na wysokości wioski, koło przydrożnego krzyża, krótki postój, spowodowany problemami rowerowymi. Przecinamy następnie pas torów nieczynnej trasy kolejowej Gorzów – Myślibórz. Zaczyna się las – dla niektórych kryzys jazdy, trudniejszy odcinek. Ostry, niebezpieczny zjazd, potem niewielka wspinaczka po lekko wyboistej ścieżynie, przetykanej kamieniami. Czasem rower grzęźnie w piachu.

Racław. Postój na polnej ścieżce, tuż przed wjazdem do wioski. Przy drodze leżą stare fragmenty pomników nagrobnych, wszystkie niemieckie i bardzo stare, z początku wieku. Dlaczego leżą tak bezpańsko na brzegu ścieżki przed wsią? Przecinamy mieścinę, łatwo odnajdując wlot na polną drogę do Stanowic. 3 km. Kolejna piaszczysta, wznosząca się i opadająca polna droga, wyczerpująca dla niektórych.

Stanowice. Kolejny postój i oczekiwanie na resztę. Wjeżdżamy na wygodną trasę Lubno – Bogdaniec. Asfalt aż do końca, w dodatku cały czas z górki. Jedna z dziewczyn zalicza małą kraksę. Podbite oko, brzydko starta ręka.

Bogdaniec. Pracownik skansenu, pod który zajeżdżamy służy bandażami. Wytrwale zachęcam ludzi do zwiedzenia Muzeum Budownictwa i Techniki Wiejkiej (znajduje się tu m.in stary młyn wodny z 1826 roku, pierwotnie napędzany turbiną wodną, a od 1936 roku prądem elektrycznym). Zdaje się, że ósmaki myślą już tylko oleżeniu, a nie oglądaniu starych rzeczy. Namawiam jednak wielu i ci na pewno nie będą żałować wydanych 2 zł na bilet. Ekspozycja muzeum zaciekawiła nieoczekiwanie wielu piętnastoletnich, rozpasanych mieszczuchów. Uwagę ich zwracały wszelkie dawne, wymyślne urządzenia, np. maszyny do obierania jabłek, robienia lodów, wszelkiej maści i wielkości młynki do kawy. Mogli też poznać ogólnie charakter pracy w młynie, zobaczyć jak wygląda radło, na czym polegało dawne maglowanie i gręplowanie (czyszczenie włókien). Dziewczyny zastanawiały się gdzie w kołowrotku znajduje się wrzeciono, którym ukłuła się baśniowa księżniczka. Pracownik skansenu nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, tłumacząc tę niewiedzę niekompletnością eksponatu. Wszyscy zasiedli do starego wozu konnego, pozując do zdjęcia. W sumie – sporo ciekawostek, uśmiechu i łyk historii regionalnej. Po sympatycznym zwiedzaniu kilkugodzinny odpoczynek na pobliskiej, rozległej polanie, w pobliżu strumienia Bogdanka. Spędzanie czasu zależne od ludzkiej pomysłowości, a tej dzieciakom nie brakuje. Wszystko naraz i w dużych ilościach: ognisko i tradycyjne kiełbaski, granie w piłkę, rowerowe wypady do sklepu, leżenie, łażenie, opalanie, rozmawianie, picie i jedzenie. Słońce przypiekało, większość chroniła się w cieniu drzew nad potokiem lub pod lasem i tylko niektórzy zapaleńcy walczyli na trawie z piłką. Ale nawet na porządny mecz było za gorąco. Dla blokowców, chętnych oderwania się od cywilizacji, to wystarczająco dużo zajęć, by nie chcieć wyruszyć w powrotną drogę.

Powrót. Dzieciaki nie miały zamiaru wracać tą samą nużącą drogą. Wychowawcy tak naprawdę też. Do samych granic miasta (w sumie około 10 km) jedziemy więc ruchliwą, niezbyt bezpieczną dla takich grup trasą. Długa kolumna porozbijała się na wiele mniejszych, wszyscy byli już nieco zmęczeni, więc jechali grzecznie jeden za drugim. Kryzys spadł na wielu podczas podjazdu drogą asfaltową do Małyszyna. Wszyscy wydalili z siebie sporo soli, ale większość wykazała się dużą wytrzymałością, co kierownikowi wycieczki bardzo imponowało. Trasę powrotną pokonaliśmy szybko, w niecałą godzinę, pozbawieni byliśmy jednak zapachu lasu i narażaliśmy się na typowe drogowe niebezpieczeństwa. Tak myśli oczywiście opiekun wyprawy, dla dzieciaków przyjemne jest najczęściej to co łatwe do pokonania.

Krótkie reportaże uczestników wycieczki (plus nauczycielski komentarz).

Piotrek Liśkiewicz:” (…) Po dojechaniu na miejsce w końcu doczekaliśmy się upragnionego odpoczynku. Po chwili poszliśmy zwiedzić pobliskie muzeum. Następnie wyruszyliśmy na polanę, na której mieliśmy wspaniałe ognisko. Spędzaliśmy miłe chwile grając w piłkę i odpoczywając nad strumykiem… Moim zdaniem wycieczka była super i powinniśmy ją jak najszybciej powtórzyć”.

Kasia Gaczkowska: ” (…) Wszystko zapowiadało się świetnie i pomimo paru usterek tak właśnie było. Zwiedzanie muzeum i młyna było niezapomnianym przeżyciem. Wszystko to od 1826 roku nie było zmienione i chyba dlatego to miejsce utkwiło w mojej pamięci. Nie obyło się także bez wypadków po drodze do tego miłego miejsca koledze Karolowi rozwaliło się koło i został daleko w tyle na pomoc temu nieszczęsnemu wypadkowi nadjechał Krzysiek który był naszym jedynym ratunkiem. A gdy byliśmy tuż na naszej polanie Agnieszka wygłupiając się zdarła twarz i trochę się porozbiła, ale wszystko dobrze się skończyło dobrze z pomocą pana z muzeum, który opatrzył poździerane ciało Agi. Kiedy już znaleźliśmy się na polanie było świetnie i tak też nam zleciało pół dnia. Tej naszej ostatniej wyprawy niezapomnę nigdy. Atmosfera była bardzo miła i towarzystwo także”.

Ania Janasz: ” (…) Po dwóch godzinach troszkę ciężkiej ale zarazem świetnej trasy dotarliśmy do Bogdańca. Zatrzymaliśmy się przy muzeum techniki i bud. wiejskiego. Parę osób zapłaciło za wejście. Przed wejściem sołtys wsi opatrzył naszych biednych poszkodowanych – Agnieszkę Rembacz i Radka Kładnego. W końcu poszliśmy zwiedzać muzeum. Było bardzo ciekawie, oglądaliśmy stary młyn, pokoje piekarza i innych. Robiliśmy sobie zdiecia na starych dorożkach i wozach. Było bardzo dużo ciekawych starych narzędzi. Bardzo mi się podobało w muzeum. Gdy zwiedziliśmy muzeum pojechaliśmy na polanę, na której graliśmy w piłkę i bawiliśmy się. Na polance spędziliśmy miło czas, piekliśmy kiełbaski przy ognisku, graliśmy w karty i rozmawialiśmy. Czas upływał miło i bardzo szybko. W końcu nadszedł czas powrotu do domu. Tym razem jechaliśmy szosą i zajeło nam to tylko pół godziny. Każdy był zadowolony z naszej wycieczki pomimo paru wypadków”.

Krzysztof Lehrman: „Na naszej klasowej wycieczki rowerowej pojechaliśmy do Bogdańca. Jechaliśmy lasem na skruty. W lecie Karolowi uszkodził się rower ale szybko został naprawiony. Jak wyjechaliśmy z lasu i jechaliśmy drogom to przed Bogdańcem Agnieszka Rembacz wywruciła się i musieliśmy się zatrzymać i naprawić rower. Po naprawieniu pojechaliśmy do muzeum. W środku zobaczyliśmy rużne młynki, furmanki i pokój który był bardzo stary. Z muzeum pojechaliśmy na łąkę. Tam smażyliśmy kiełbaski, graliśmy w piłkę i chłodziliśmy się w rzeczce. A później wyruszyliśmy do domów. Wracaliśmy drogom, a razem od szkoły do Bogdańca i spowrotem przejechaliśmy około 40 km”.

Kasia Gładysz: ” (…) Pomimo ciężkiej i wyczerpującej drogi prawie wszyscy dojechali szczęśliwie. Moja koleżanka przed samym Bogdańcem wywróciła się i cała się potłukła, oczywiście były również mniejsze skaleczenia. Wielu ludzi uważa, że Bogdaniec jest małą wsią i nic tam nie ma ciekawego do zwiedzania. I tu się wszyscy mylą, bo mały nie znaczy, że jest do niczego. W Bogdańcu znajduje się piękny stary młyn, a dookoła niego płynie strumyk. W lesie znajduje się piękna polana z miejscem na ognisko. Oczywiście nie obeszło się bez upieczenia kiełbasek! Nikt się nie nudził, ponieważ mógł pograć w piłkę lub odpocząć od szkoły, porozmawiać z koleżankami albo po prostu pójść na spacer. Kiedy zbliżały się godziny wyjazdu nikt nie chciał opuścić tego pięknego miejsca i nie chcieli ponownie poko-nywać przebytej drogi. Była ona piaczysta, w lesie pełno było górek pod które się ciężko podjerzdżało. Gdy byliśmy już w Gorzowie wszyscy chcieli wrócić do Bogdańca i mam nadzieję, że kiedyś tam pojedziemy”.

Tomek Rembacz:” (…) Pierwszym etapem naszej podróży było zwiedzenie muzeum do którego przybyliśmy po niecałych 2 godz. jazdy. Najbardziej podobało nam się kiedy przewodnik prezentował interesujące rzeczy którymi kiedyś posługiwał się człowiek. Pogoda dopisała nam wyjątkowo gdyż kolejnym etapem naszej wycieczki była polana. Rozpaliliśmy ognisko, a przy nim smażyliśmy kiełbaski, graliśmy w piłkę. Wszyscy bardzo dobrze się bawili. Pod koniec z całą klasą zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Pełni wrażeń wróciliśmy do domu. To była niezwykle udana wycieczka”.

Agnieszka Rembacz:” (… ) Trasa, którą wybrał nasz wychowawca była męcząca, ponieważ wiodła przez polne drogi i pagórki. Gdy dotarliśmy na miejsce, czekały nas liczne atrakcje i śliczna okolica. Jedną z tych atrakcji było piękne muzeum, gdzie znajdowały się rzeczy, którymi kiedyś posługiwał się człowiek: i stary młyn, który doskonale wyróżniał się na tle czystego strumyczka. Przy okazji dyrektor zaproponował pomoc poszkodowanym, którzy po drodze mieli drobne wypadki. Następnie ruszyliśmy na polanę, gdzie miało odbyć się ognisko. W tym dniu pogoda nam dopisała, było słonecznie i ciepło. Spędziliśmy tam parę godzin miłego czasu, zdala od codziennych problemów i kłopotów. Naprawdę kiełbaski były pyszne, również mieliśmy okazję wyszaleć się na dobre i oczywiście opalić. Była to super wycieczka, którą napewno będę wspominać bardzo długo”.

Karol Szczeciński: „Na wycieczke pojechaliśmy do Bogdańca. Po drodze uszkodziłem koło dobrze że Kszysiek miał klucze rowerowe. Gdy naprawiłem rower pojechaliśmy dalej. Przed Bogdańcem Agnieszka Rembacz się wywrusił i się poobijała. W Bogdańcu pojechaliśmy na polanę piec kiełbaski. Puźniej z panem wychowawcą graliśmy w piłkę”.

Radek Kładny: ” (…) Pogoda tego dnia była bardzo ładna. Zwiedzanie miejscowości rozpoczęliśmy od wizyty w muzeum, w ktorym było wiele eksponatów, nastepnie przybyliśmy na pole biwakowe, gdzie urządziliśmy sobie ognisko. Czas upływał nam na grach i zabawach ruchowych. Uważam, że tego typu wyprawy są bardzo pouczające, ponieważ można zwiedzić wiele ciekawych miejsc i w gronie przyjaciół miło spędzić czas”

Damian Badura:”(…) Trasa była długa i wyczerpująca, lecz po kilku godzinach dotarliśmy na miejsce. Zatrzymaliśmy się przy muzeum techniki i Budowy Wiejskiej. Po chwili sołtys oprowadził nas po obiekcie. Było bardzo ciekawie, zwiedziliśy m.in. stary młyn, pokoje piekarza i piękne obejście. Zrobiłem wiele zdjęć ciekawych eksponatów, i cieszę się, że mogę się teraz podzielić wrażeniami z kolegami. Następnym punktem naszej wycieczki był piknik na leśnej polanie. Graliśmy w piłkę, piekliśmy kiłbaski i miło spądzaliśmy chwile. Czas leciał nieubłaganie, dlatego musieliśmy się powoli szykować do wyjazdu. Na koniec zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w drogę. Myślę, że wycieczka się udała, każdy był zadowolony i chciał na nowo przeżyć te wspaniałe chwile”.

Aga Dera: „(…) Nasz wychowawca postanowił, że pojedziemy na wycieczkę rowerową do Bogdańca. Nasza klasa bardzo się ucieszyła i od razu zgodziliśmy się na tn pomysł.W piątek rano z rowerami spotkaliśmy się przed szkołą i wyruszyliśmy na wycieczkę. Pogoda nam dopisywała, było bardzo ładnie i słonecznie. Kiedy dojeżdżaliśmy od Bogdańca wychowawca postanowił zabrać nas do muzeum. Jechaliśmy drogą z dużej góry i nagle moja przyjaciółka Agnieszka straciła równowagę i przewróciła się na twarde podłoże. Była bardzo pokaleczona, połamały jej się okulary, a co najgorsze porwały jej się spodnie. Na szczęście kierownik muzeum miał apteczkę i opatrzył jej rany. Po zwiedzeniu muzeum pojechaliśmy na wielką polanę, gdzie zrobiliśmy ognisko i upiekliśmy kiełbaski. Kiedy już się najedliśmy, postanowiliśmy pograć w piłkę. Niektórzy grali, a inni się opalali. Czas biegł bardzo szybko i nawet nie zauważyliśmy, że trzeba jechać już do domu. Wycieczka bardzo mi się podobała i moim zdaniem powinniśmy robić je częściej, a nie tylko na dzień dziecka”.

Karol Jackowiak: ” (…) Po długiej i męczącej jeździe dojechaliśmy na miejsce. Po upragnionym odpoczynku udaliśmy się na zwiedzenie pobliskiego muzeum. Zobaczyliśmy tam kilka ciekawych rzeczy, które utkwią mi w pamięci. Gdy zwiedzaliśmy już wszystkie izby, wybraliśmy się na polanę, gdzie rozpaliliśmy ognisko. Bawiliśmy się grając w piłkę i karty. Jeżeli ktoś chciał chciał kupić cos do zjedzenia, mógł pojechać do pobliskiego sklepu. Uważam, że wycieczka mimo kilku kolizji była bardzo fajna. Takie wycieczki powinny być częstsze i dłuższe”.

Alicja Włoskowicz:” (…) W pierwszą stronę jechaliśmy aż prawie dwie godziny. Po drodze przydażyło się dużo rzeczy między innymi Agnieszka R. wyścigiwała się z Agnieszką D. i Damianem B. Niestety Agnieszka R. nie mogła wychamować i upadła na ziemię. Połamała okulary, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że miała spore rany. Po jakimiś czasie odpadło tylnie koło od roweru Karolowi Sz. Musieliśmy trochę poczekać na niego, ale to co każdem się zdaża. Gdy dotarliśmy do Bogdańca pan który pracował w muzeum opatrzył ranną Agnieszke. W muzeum było bardzo ciekawie. Zobaczyliśmy stare nażędzia domowego uzytku, powozy i stary młyn. Gdy skończyliśmy zwiedzać muzeum pojechaliśmy na polanę. Tam odrazu po dotarciu Karol J. zajął się rozpalaniem ogniska. Część osób grało we flirta, niektórzy siedzieli nad strumyczkiem, a ja, Ewelina, pan Skubicki i Karol J. graliśmy w piłkę nożną. Mieliśmy bardzo dużo wypadów do sklepu po najrużniejsze rzeczy. Chyba tak nigdy nie jeździłam do sklepu w tą i spowrotem. Wracaliśmy o godzinie 15.00. Jechaliśmy asfaltem przez 30 minut. Ta cała wycieczka była na prawdę super! Nie znam osoby której by się nie podobała. Mam tylko taką nadzieję aby do końca roku było jeszcze kilka takich wypadów za miasto”.

Ewelina Prościak: ” (…) Dojazd zajął nam 2 godz., a to dlatego, że zamiast drogą, jechaliśmy ścieżkami leśnymi. Najlepsza droga była od Stanowic do Bogdańca, a to dlatego, że była ona asfaltowa i na dodatek z górki. Tylko dla mojej koleżanki zjazd okazał się nieprzyjemny. Agnieszka nie zdążyła zahamować i poleciała z górki. Lądowanie było twarde, a skótki fatalne: zdarty łokieć, kolano, ramię i podarte spodnie. Na szczęście w starym młynie pan opatrzył poszkodowanych. Po opatrzeniu rannych pan oprowadził nas po muzeum i starym młynie. To wszystko oczywiście za małą opłatą. Następnie udaliśmy się na ognisko. Tam były gry, zabawy i pieczenie kiełbasek. Każdy mógł pograć w piłkę. Cieszę się, że dzień dziecka spędziłam w taki sposób. Czas mijał nam szybko i miło, ale trzeba było wracać. Tak więc wyruszyliśmy w drogę powrotną. Naszczęście udało nam się namówić opiekunów byśmy pojechali drogą główną. Droga powrotna zajęła nam pół godziny. Według mnie powinniśmy częściej wyjeżdżać na takie wycieczki klasowe. Problem w tym, że nie mamy z kim”.

Krzysztof Kowalewski: [„(…) Pomimo ciężkiej i wyczerpującej drogi, każdy z nas, nawet wychowawca, dojechał szczęśliwie. Tylko Agnieszka Rembacz miała mały wypadek. Pare śińców i zadrapań pojawiło się na jej ciele. Bogdaniec to małe miasteczko, mam tam wielu przyjaciół. Z ich relacji wynika, że życie w tym miasteczku jest wesołe. Pierw odwiedziliśmy muzeum, następnie pojechaliśmy na polanę. Była bardzo piękna, z jednej strony płyną mały strumyk, a obok niego znalazło się miejsce na ognisko. Napewno nikt się nie nudził. Graliśmy w piłkę, wraz z wychowawcą, spacerowaliśmy, albo kłuciliśmy się. Kiedy mieliśmy już wyjeżdżać połowa grupy pojechała do sklepu, aby przedłużyć pobyt w Bogdańcu. Mam nadzieję, że kiedyś tam jeszcze pojedziemy”.

Krótkie podsumowanie:

Prace napisało 15 uczniów. Sprawdziłem jakie elementy najbardziej utkwiły im w pamięci, o których najwięcej ludzi wspomniało w swych pracach. Wyniki są następujące:
1. Fakt zwiedzania ciekawego muzeum – pojawił się w pracach 13 osób
2. Kraksa rowerowa Agnieszki – poruszyła aż 10osób.
3. Męcząca trasa rowerowa – przyznało się aż 8 osób
4. Chęć podobnego wyjazdu lub powrotu w to miejsce – zadeklarowało 6osób

Wszyscy wspomnieli o ciekawym muzeum, ognisku, kiełbaskach i mile spędzonym czasie. Mało kto zwrócił uwagę na częste wypady do sklepu, widocznie nie były one dla ludzi takie ważne (mi się wydawało, że tak). Nikt nie pisał o żadnych przykrych rzeczach, zadrażnieniach, więc widocznie nic takiego nie miało miejsca albo nie chcieli się wypowiadając na ten temat (a szkoda, nie ma to jak chwila szczerości). Widać wyraźnie, że dzieciaki dostały trochę wycisku rowerowego (co było moim celem), a wielu zapamiętało mocno historię upadku Agnieszki (choć tylko nieliczni go widzieli). Wniosek: dzieciaki po prostu lubią wszelkie tragiczne historie, nie lubią się męczyć i najchętniej wypoczywały by w nieskończoność, ale to nieprawda, że nic ich nie zdziwi, czego dowodzą dobre noty wystawione zwiedzaniu skansenu – tak brzmi optymistyczne podsumowanie wycieczki.