DZIEN NAUCZYCIELA W SZKOLE
13 października 1998. Podziękowaliśmy naszym belfrom za ich trud i wysiłek. Grupa uczniów, pod kierunkiem Pani Anny Woźniak i Pani Wioletty Wykrzykacz przedstawiła dowcipny w treści i formie program kabaretowy. Następnie członkowie Koła Humanistów – przygotowani przez Pana Ryszarda Marcinkiewicza – zaprezentowali leciwe wprawdzie, ale jakże ciągle aktualne, myśli Janusza Korczaka dotyczące szkoły, nauczania i wychowania.
Ogłoszone zostały wyniki konkursów.
l. Najsympatyczniejszym belfrem został (drugi rok z rzędu) Pan Władysław GROCHOLA (jak on to robi?)
2. Miano najsurowszego belfra uzyskała Pani Wioletta WYKRZYKACZ.
3. Najsympatyczniejszym pracownikiem administracji i obsługi okazał się ponownie Pan Henryk MATUSZAK.
„Belferiada” przeszła najśmielsze oczekiwania! Galeria Karykatur nauczycieli (wedle przysłowia: jak cię belfrze widzą, tak cię piszą – przepraszam – malują i rysują) do dnia dzisiejszego cieszy się olbrzymim zainteresowaniem, a pomysłodawca konkursu – Pan Władysław Grochola – może być dumny z siebie (Galeria „Grocholianów” przed gabinetem „B14”) i ze swoich podopiecznych.
14 października – to DZIEŃ NAUCZYCIELA – dzień wolny od nauki. Ponieważ w środę nasi „belfrowie” świętują, dlatego już dzisiaj przeprowadziliśmy wywiady z dwojgiem bohaterów tego luzackiego dnia: nauczycielką geografii – Panią Iwoną Jurek i katechetą – Panem Bogusławem Gabryliszynem.
Red.: Zbliża się Dzień Nauczyciela; co roku z pewnością wielu uczniów składa Państwu życzenia. Czy sądzicie Państwo, że są one naprawdę szczere, czy też raczej wymuszone? Czy uczniowie lubią Państwa?
I. Jurek: Myślę, że szczere. Nie odbieram żadnych sygnałów, które świadczyłyby o tym, że któreś dziecko mnie nie lubi.
B. Gabryliszyn: Takie dni, jak Dzień Nauczyciela, czy zakończenie roku szkolnego są okazją do wyrażania wdzięczności nauczycielowi za poniesiony trud i wysiłek wychowania i kształcenia dzieci i młodzieży. Muszę ze smutkiem przyznać, że bardzo różnie bywa z tą wdzięcznością. To tak, jak Pan Jezus uzdrowił dziesięciu i tylko jeden człowiek wrócił Mu podziękować; tak samo jest z uczniami. Dlatego, jeżeli otrzymuję życzenia, to są one nieliczne, ale wiem, że są szczere. Natomiast kwestia czy uczniowie mnie lubią, to trzeba byłoby zapytać o to ich samych. Myślę, że to nie jest aż tak ważne, najważniejsze jest, ażeby słuchali nauki, którą im głoszę o Bogu i pozwolili się do Niego prowadzić.
Red.: Czy lubiliście Państwo swoich nauczycieli? Czy pamiętacie szczególnie ulubionego nauczyciela i takiego, którego nie znosiliście?
I. Jurek: Raczej tak. W szkole podstawowej wszyscy nauczyciele byli sympatyczni. Natomiast podział na tych lubianych i mniej lubianych nastąpił w szkole średniej. Uwielbiałam geografa, natomiast nie lubiłam matematyka.
B. Gabryliszyn: Miałem kilku ulubionych nauczycieli. Szczególnie sympatycznie wspominam panią od historii, z którą często wyjeżdżaliśmy na wycieczki w góry.
Red.: Na pewno – jako nastolatkowi – rozrabialiście Państwo tak samo, jak dzisiejsza młodzież. Jaka była największa, najtragiczniejsza lub najzabawniejsza wpadka?
I. Jurek: Z grupą koleżanek i kolegów, podczas wolnej godziny lekcyjnej (szkoła podstawowa), biegaliśmy po korytarzach szkolnych i pukaliśmy do drzwi klas, w których odbywały się lekcje – i oczywiście uciekaliśmy. Byłam – zdaje się – w klasie czwartej. Nauczycielka prowadząca lekcje w klasie VIII wysłała kilku chłopców w „pościg” za nami. Inni byli bardziej sprytni, ale ja wpadłam w ich „łapy”. Zaprowadzili mnie do sali, stałam na środku klasy i wysłuchiwałam reprymendy. Czułam się okropnie – czerwona twarz, walące serce, wstyd i zażenowanie. Padło postanowienie – nigdy więcej takich sytuacji!
B. Gabryliszyn: W trakcie nauki w szkole podstawowej moja mama często była wzywana do szkoły z powodu mojego zachowania. Pamiętam, jak będąc w III klasie, moja wychowawczyni wezwała mamę i tak się skarżyła na mnie: „Wiem, ze rozrabia, ale nigdy nie mogę go złapać na gorącym uczynku. Stoję przy tablicy – tyłem do klasy – a on, z ostatniej ławki przybiega do pierwszej, zbije kolegę i zdąży usiąść na swoje miejsce, zanim ja zdążę się obejrzeć. Chociaż raz chciałabym go przyłapać na tym, jak on to robi.”
Red.: Jakimi uczniami byliście Państwo? Prymusami, czy raczej tzw. przeciętniakami?
I. Jurek: Prymuską.
B. Gabryliszyn: W szkole podstawowej nie przykładałem się za bardzo do nauki, natomiast w szkole średniej należałem do pierwszej trójki i rok szkolny zawsze kończyłem z nagrodą.
Red.: Pierwsza szkolna miłość…?
I. Jurek: Kolega mojego brata.
B. Gabryliszyn: W podstawówce była taka piękna dziewczyna, w której kochali się wszyscy chłopcy… no i ja także.
Red.: Czy mieliście Państwo powodzenie u płci przeciwnej?
I. Jurek: Nigdy nie narzekałam na brak zainteresowania ze strony chłopców.
B. Gabryliszyn: Mam raczej wesołe usposobienie, co podoba się płci przeciwnej – a przede wszystkim spodobało się mojej żonie.
Red.: W jakich szkołach – oprócz SP 21 – uczyliście Państwo? W których było najlepiej?
I. Jurek: Bardzo ciepło wspominam pierwszą szkołę, w której pracowałam – Szkołę Mistrzostwa Sportowego (hokej, łyżwiarstwo szybkie i figurowe) w Poznaniu, ale i w SP-21 też czuję się dobrze.
B. Gabryliszyn: Uczyłem w szkole podstawowej i w liceum w moim rodzinnym mieście – w Świdnicy w woj, wałbrzyskim. W Gorzowie uczyłem w SP-1, natomiast obecnie uczę zarówno w SP-21 jak i w l Społecznym Liceum Ogólnokształcącym. Najmilej wspominam pracę w liceum w Świdnicy, ponieważ była to moja pierwsza praca.
Red.: Czego oczekujecie Państwo od uczniów? Jak wyobrażacie sobie idealną klasę?
I. Jurek: Czego oczekuję od uczniów? Oczekuję tego, że „pozwolą” traktować się na równych prawach z dorosłymi – jako ludzie mający swoje potrzeby i interesy, które trzeba rozpoznawać, a nie określać z góry. Myślę, że cenniejsza jest wrażliwość na dziecko (szerzej: na drugiego człowieka) niż gotowa wiedza o nim. Reagowanie na rozpoznawane w ten sposób potrzeby i możliwości dziecka jest drogą pomagania mu w rozwoju. Jest to możliwe tylko w sytuacji, w której udaje nam się (ja – uczniowie) nawiązać bliski kontakt emocjonalny; kiedy dziecko przyjmuje moje argumenty za swoje. Grupą, w której uczeń spędza znaczną część swojego czasu, jest klasa szkolna. Może ona być grupą zaspakajającą ważne potrzeby. Ważne jest to, aby nie była ona „miejscem” pustym i nudnym zbiorem osób nie powiązanych żadnymi istotnymi więzami i niezdolnych do podjęcia wspólnego działania. Klasa idealna, to żywy, współpracujący zespół. Zespół, w którym jest spełnione zarówno pragnienie znalezienia oparcia, poczucia przynależności, jak i pola umożliwiającego aktywność twórczą, organizację zainteresowań. Stosunki są oparte w takiej klasie na zaufaniu i otwartym porozumieniu się. To dopiero pozwala na autentyczne więzi i wzajemne zrozumienie. Nauczyciel, którego rola w tworzeniu takiej sytuacji jest duża, powinien być: cierpliwy, sprawiedliwy, wesoły, „wyzbyty” manii wielkości – jest przyjacielem, który żyje problemami dzieci, ale jest też dyskretny i pozostawia uczniom pewną autonomię.
B. Gabryliszyn: Nie ma czegoś takiego jak idealna klasa, ponieważ w każdej klasie jest bardzo dużo osób, które pochodzą z różnych rodzin, żyją w bardzo różnych warunkach i są różnie wychowywani. Stąd wielkie zadanie dla uczniów, aby umieli zaakceptować tę inność drugiego człowieka, aby nie wyśmiewać się ze słabszych, gorszych lub inaczej myślących… Aby umieli pomóc potrzebującym. Takie są moje oczekiwania. Natomiast najbardziej mnie razi u uczniów ich złośliwość i prymitywne zachowanie się.
Red.: Dziękujemy za rozmowę.
Odpowiedzi: 0 Zostawić komentarz ?